Ulubieńcy lutego 2016

Wydawało mi się, że będę miała problem z ulubieńcami lutego, bo nie miałam okazji do przetestowania zbyt dużej ilości nowych rzeczy. Jednak przecież nie samymi rzeczami człowiek żyje. W tym miesiącu miałam okazję zapoznać się z wieloma ważnymi słowami, przemyśleniami i inspiracjami i to właśnie one królują w tym spisie.

Ulubieńcy lutego 2016

1. „Wielka magia. Odważ się żyć kreatywnie” – Elizabeth Gilbert

Na książki Elizabeth Gilbert trafiam zawsze w dobrym momencie mojego życia. Z każdej części „Jedz, módl się, kochaj” wyciągnęłam dla siebie jakąś ważną lekcję lub inspirację. Podróż bohaterki do Włoch i nauka włoskiego zmotywowały mnie do tego, żeby przez cały semestr nauki francuskiego, każdego poranka poświęcić 10 minut na wypicie kawy i przeczytanie co najmniej jednego artykułu po francusku. Sprawiało mi to wielką przyjemność. „Wielka magia” też trafiła na podatny grunt. Czekała na mojej półce od listopada, może dlatego tak długo, żebym mogła ją otworzyć wtedy, kiedy dopadnie mnie kryzys twórczo-blogowy i w mojej głowie pojawi się mnóstwo pytań „czy to ma w ogóle sens?”. Myślę, że tę książkę powinien przeczytać każdy twórca, niezależnie od tego, co tworzy. Pozwala ułożyć sobie w głowie to, co najważniejsze i znaleźć odpowiedzi na wiele pytań. Niektóre rozdziały są takie, że pomimo braku zmęczenia, kończyłam na nich czytanie na dany dzień, żeby móc jeszcze przed spaniem poleżeć i przemyśleć ich sens. A cytat Toma Waitsa jest mistrzostwem świata:

„Zrozumiałem, że jako twórca piosenek w zasadzie robię tylko jedno, mianowicie wytwarzam biżuterię dla wnętrza ludzkich umysłów”

2. Hummus bazyliowy

Jest w Warszawie kilka miejsc, które wiedzą jak mnie dobrze nakarmić. Jednym z nich jest „Mango”, w którym to zawsze długo muszę się zastanawiać co chcę zamówić, bo najzwyczajniej mam ochotę na wszystko. Tym razem wybór padł na hummus bazyliowy, który okazał się mistrzostwem świata. Podjęłam próbę odwzorowania go w domu, jednak pomimo idealnej konsystencji, która nigdy wcześniej mi tak dobrze nie wyszła (3 razy wykipiała mi woda podczas gotowania ciecierzycy, ale ciii… jak widać warto było), okazało się, że mam za mało bazylii, więc był bardziej tradycyjnym hummusem niż bazyliowym (ale tradycyjny hummus również jest przepyszny, więc i tak zjadłam go ze smakiem, a następnym razem zadbam o większe zapasy).

3. Masło do ciała Vid Divine Masło Shea – Esdor

Bardzo lubię pić wino, ale do tej pory nie wiedziałam, że winem uwielbiam się również smarować. Większość z Was wie, że namiętnie czytam etykiety w sklepach. To, czego nie wiecie, to to, że czasami podczas kąpieli w wannie lubię czytać etykiety kosmetyków. Podczas jednej takiej kąpieli zaciekawiło mnie masło do ciała, które moja mama dostała od kochanego Świętego Mikołaja. 91% naturalnych składników, do tego brak parabenów, olei mineralnych , składników pochodzenia zwierzęcego. Skusiło mnie, żeby podkraść mamie trochę masła i wypróbować na sobie. Efekt był taki, że cały dzień chodziłam i opowiadałam wszystkim jaka jestem zachwycona, jak cudownie nawilża i jak pięknie pachnie. Dostałam oficjalne pozwolenie do podkradania, więc korzystanie z tego masła do ciała jest teraz jedną z moich małych życiowych przyjemności.

4. Opaska Mi Band 1S – Xiaomi 

Historię tej opaski mogłabym opowiadać dobrych 5 minut, ale long story short – kupiłam opaskę. Opaska ma funkcję krokomierza, monitoruje sen i liczy puls. Ma też różne inne bajery, typu wibracje, kiedy ktoś dzwoni, ale zbyt często dzwonią do mnie firmy, które zostały przeniesione do wspaniałego folderu „Nie”, więc tę opcję mam wyłączoną. Na studiach z psychodietetyki wiele razy przywoływano nam na zajęciach badania, których rezultat potwierdzał, że osoby korzystające z krokomierza więcej chodzą w ciągu dnia. Wreszcie mogłam sprawdzić to na sobie i muszę przyznać, że rzeczywiście tak jest, czego przykładem jest między innymi moje Fit wyzwanie. A monitorowanie snu i wybudzanie mnie delikatnymi wibracjami w najlepszej fazie jest o wiele przyjemniejszą pobudką niż dźwięk budzika. Wisienką na torcie jest jej bardzo przyjemna cena.

5. „The Lobster”

O „Lobsterze” nie wiedziałam nic. Na początku lutego dostałam wiadomość, która brzmiała mniej więcej tak: „Śniło mi się, że zarządzałaś wypasionym hostelem. To pewnie przez obejrzenie wczoraj „Lobstera”. Obejrzyj. Spodoba Ci się”. Obejrzałam jeszcze tego samego dnia i zachwyciłam się. Dopiero później dowiedziałam się, że jest to film Yorgosa Lanthimosa, którego „Kieł” zafascynował mnie kilka lat temu. Uwielbiam pokręcone filmy, które można rozpatrywać wielowymiarowo, o których ciągle można myśleć i na nowo interpretować. Tak naprawdę zastanawiam się od 10 minut, co jeszcze mogę Wam o tym filmie napisać, ciągle przed oczami pojawiają mi się nowe wątki i ważne spostrzeżenia na temat współczesnego świata i relacji, ale jedyne co Wam powiem to: „Obejrzyjcie”. A później chętnie z Wami podyskutuję.

6. Przemówienie Leonardo di Caprio na Gali Oscarowej

Last but not least, Oscar dla Leonardo. Po tej całej nocy wyczekiwania, nie mogłam nie wspomnieć tutaj o cudownym Leonardo. Moja przyjaciółka śmiała się, że to nie pierwszy raz, kiedy zarwałam noc dla mężczyzny. Zasłużył sobie na miejsce w ulubieńcach nie tylko za swoją rolę (a raczej role), za rozczulającą minę, którą zrobił po odebraniu statuetki, ale przede wszystkim za najlepsze przemówienie podczas całej gali. Obejrzałam je już kilka razy i pewnie obejrzę jeszcze kilkanaście. Lub kilkadziesiąt. Jeśli nie widzieliście, nadróbcie zaległości.

Get Free Email Updates!

Zapisz się na darmowy 7-dniowy kurs online "Zdrowy styl życia od dzisiaj"

Twoje dane są u mnie bezpieczne. Obiecuję, że nigdy nie dostaniesz ode mnie spamu.

  • Zuza | Zaczytana Susan

    Świetne zestawienie, niebywały mix 😉 Krokomierzem mnie zafascynowałaś, jak jeszcze studiowałam (TŻIŻC) i nasłuchałam się o różnych miernikach aktywności, to chciałam sobie kupić, ale jakoś mi z czasem umknęło – tym razem nie umknie i chyba w końcu się skuszę 😉

  • Powtórzę, to jeszcze raz. Należało mu się, w końcu! 🙂

  • Serię „Jedz, módl się i kochaj” przeczytałam z przyjemnością, ale już „Botaniki duszy” nie mogłam przejść (słuchałam jako audiobook i jakoś nie mogłam się wczuć…). Ta książka jakoś mnie przyciąga do siebie, mimo, że tytuł „Wielka magia” mnie nie zachęca. Może za dużo we mnie mugola, ale wiesz, już się boję, że to będą jakieś puste hasła. Jednak już kolejna „mądra” osoba zachęca mnie do tej książki, więc chyba się skuszę 🙂

    • Ta książka ma szansę spodobać się mugolowi 🙂 Jest właśnie bardzo dużo takiego trzeźwego podejścia do twórczości, z dodatkiem szczypty magii. Nie ma tam natchnionych zdań w stylu Paulo Coelho, więcej jest o wytrwałości, podejściu do procesu twórczego, o autentyczności. Myślę, że warto się skusić 🙂

  • Marta Pawlak

    „Wielka magia” też jest na mojej book wish list. Ja wczoraj odkryłam mój nowy ulubiony hummus, w który można się zaopatrzeć w The Roots przy okazji kupowanego wegańskiego sushi, które również jest przepyszne. I swoją opaskę również uwielbiam i dołączyłam do krokowego wyzwania. A Leo? Chyba wszyscy wiemy, że jest świetnym aktorem 😉